fbpx
11 Grudzień, 2019
Warszawa
-4 ° C
Do góry
Image Alt

SC Beauty Magazine

Groźne błędy popełniane podczas kąpieli słonecznych

W trakcie wakacyjnych urlopów smarujemy się za rzadko i zbyt małą ilością preparatu, źle przechowujemy kremy do opalania, nierozsądnie używamy mieszanek przyspieszających opalanie, kremów zawierających kwasy owocowe, a nawet szamponów przeciwłupieżowych – zdradzają dermatolodzy.

O groźnych dla zdrowia człowieka, a jednak wciąż powszechnie popełnianych błędach podczas kąpieli słonecznych dla PAP opowiada dermatolog, kierownik Zakładu Medycyny Estetycznej Wydziału Farmacji z Oddziałem Medycyny Laboratoryjnej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach dr n. med. Ewa Pierzchała.

PAP: Jakie błędy najczęściej popełniamy dobierając i stosując kosmetyki podczas wakacyjnych wyjazdów?

Dr Ewa Pierzchała: Niestety, te błędy są powszechne i mogą mieć groźne skutki. Pierwszy to niewłaściwe przechowywanie. Nie czytamy ulotek, być może nie są też dla nas zrozumiałe. Powinniśmy tam natomiast znaleźć informację, że kremy trzeba przechowywać w temperaturze od 5 do 25 stopni C. W podróży lub nawet w domu podczas upałów temperatura jest wyższa i krem się psuje. To może być niewidoczne na pierwszy rzut oka, ale na pewno nie będzie działać tak, jak powinien. Mogą się w nim wytworzyć nowe substancje, które nam zaszkodzą, wywołując uczulenia, podrażnienia, czy też zatraci on swoje pierwotne działanie. Czasem skutki uboczne mogą być widoczne od razu, a czasami po jednoczesnym nałożeniu 2 czy 3 preparatów przechowywanych w niewłaściwych warunkach.

Kosmetyki niszczy też przemrażanie. To istotne nie tylko zimą, bo np. luki bagażowe w samolotach nie są ogrzewane, a kosmetyki przewozimy w głównym bagażu, odkąd ze względów bezpieczeństwa nie wolno w podręcznym. Dlatego kosmetyki w walizce najlepiej przewozić owinięte w ubrania. Kosmetykom szkodzi też światło, dlatego najlepiej przechowywać je w pudełku, w szufladzie.

Czy kremy z filtrem, które zabieramy na plażę, są mniej wrażliwe na temperaturę?

Niestety, nie. Choć stosujemy je podczas upałów, to nie są inaczej przygotowywane niż inne kremy. Dlatego na plaży trzeba je chronić przed światłem i temperaturą, bo inaczej nie będą nas skutecznie chronić. To może być torba termiczna, można też zakopać krem w piasku, czy zanurzyć w wodzie, jak to robimy z napojami.

Jak często należy się smarować i jak wysoki powinien być filtr?

Smarujemy się stanowczo za rzadko i zbyt małą ilością kosmetyku. Posmarować się należy już w pokoju, przed wyjściem na plażę, a potem co 1,5 godziny, bo na tyle wystarcza ochrony przy stosowaniu kremów z filtrem chemicznym, o czym producenci informują. Dawka opuszkowa, czyli wyciśnięta ze standardowej tuby na opuszek palca wskazującego powinna wystarczyć na 2 centymetry kwadratowe. Inaczej mówiąc, standardowa ilość preparatu – 150 ml – powinna starczyć dorosłej osobie na tydzień, a nam często zostaje pół opakowania na drugi rok. Biorąc pod uwagę poprzedni błąd – „gotowanie” kremu na słońcu, a przez to utratę właściwości – ten kosmetyk za rok już nas wcale nie chroni. Smarując się trzeba pamiętać o wszystkich częściach ciała, zwłaszcza panowie zapominają często o karku czy uszach po obu stronach.Co do filtrów, to większość Polaków jest przedstawicielami rasy nordyckiej i jako tacy powinniśmy stosować filtr UV 30-50. Na pewno opalimy się na tyle, aby wyglądać zdrowo, ale nie uszkodzimy skóry.

Z reguły smarujemy się kremem tylko podczas urlopu, wychodząc z założenia, że skoro nie chodzimy dużo po mieście, to się nie opalamy.

To również błędne myślenie. W mieście jest nawet więcej promieniowania, niż na łonie przyrody, bo jest więcej promieni odbitych, m.in. od karoserii samochodów. Trzeba też pamiętać, że z promieniowaniem mamy do czynienia również przebywając w cieniu. Nawet w pochmurny, burzowy dzień chmury zatrzymują tylko ok. 30 proc. promieniowania. Promieniowanie może nas również dosięgnąć w samochodzie – szyby zatrzymują promienie UVB, ale nie UVA. Narażone na nie mogą być również osoby przebywające w słonecznym mieszkaniu w pobliżu okna, a tak upalne dni spędzają nieraz osoby starsze. Szyba przepuszcza ok. 80 proc. promieniowania UVA. Ono nie daje rumienia, więc nie ma tego ostrzeżenia, że słońce działa. Sytuacja jest o tyle gorsza, że promieniowanie UVA dociera do skóry właściwej. Działa więc głębiej i bardziej nieodwracalnie, bo niszczy włókna kolagenowe, a po drodze także naskórek.

A co z kremami przyśpieszającymi opalanie i samoopalaczami?

Przyśpieszacze opalania stosowane w klasycznej formie na pewno nie są wskazane, bo to środki światłouczulające, taka jest ich zasada działania. Różnica między preparatem światłouczulającym i światłotoksycznym zależy tylko od dawki. O tym, czy dla nas ta dawka jest tylko uczulająca, czy już toksyczna, dowiemy się, jak nam powstaną pęcherze po uszkodzeniu skóry.

Samoopalacze to rozwiązanie całkiem dobre, w tym roku pojawiły się nawet kremy z filtrem przeciwsłonecznym i z samoopalaczem. Są chętniej stosowane, bo widzimy, że skóra brązowieje, a jednocześnie mamy ochronę.

Ponoć kosmetykami, których nie należy stosować przed ekspozycją na słońce, są też szampony przeciwłupieżowe.

Rzeczywiście. Chodzi o szampony z zawartością dziegci. Były dosyć szeroko stosowane i choć w większości zostały wycofane z obrotu farmaceutycznego, to są wciąż dostępne, m.in. w sklepach internetowych. Dziegcie są jednak również substancjami światłouczulającymi. Odnotowano, niestety, wiele przypadków poparzeń skóry głowy, a także uszu i twarzy. Jeszcze raz zachęcam do czytania etykiet, bo dziegieć może się znajdować w kosmetykach naturalnych, nie tylko w szamponie, który jest opisany jako przeciwłupieżowy.

Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku ulubionych przez pacjentów niektórych maseczek, płukanek do włosów na bazie ziół czy suplementów diety stosowanych albo przygotowywanych nawet samodzielnie. Poza tym wiele kremów pielęgnacyjnych, czy leczniczych (np. w przypadku trądziku) zawiera również substancje, które uwrażliwiają skórę na słońce, np. kwasy owocowe LHA, BHA, itp., retinol lub witaminę C w wyższych stężeniach.

Mając świadomość tych błędów i zagrożeń, chyba naprawdę trzeba się bać opalania. A przecież większość z nas bardzo to lubi i uważa, że dzięki opaleniźnie wygląda atrakcyjniej.

Pamiętajmy, że opalenizna to mechanizm obronny naszego organizmu. Nawet po 15-minutowej ekspozycji na słońce w ciągu następnych 48 godzin w naszym organizmie zaczynają się wytwarzać substancje, które naprawiają uszkodzenia – cytokiny przeciwzapalne czy enzymy rozkładające uszkodzone komórki. Skoro się wytwarzają, to znaczy, że uszkodzenie nastąpiło. U dziecka oparzenie drugiego stopnia, czyli opalenie się na czerwono, o 50 proc. zwiększa ryzyko wystąpienia czerniaka w wieku dorosłym.

Oczywiście nie chodzi o to, żebyśmy się w ogóle nie opalali i chodzili zakapturzeni. Prawda jest jednak taka, że stosując filtry też się opalimy, tylko zdrowiej. Nie będzie nam schodziła skóra, nie będziemy mieli obronnego pogrubienia naskórka i np. trądziku, który też jest efektem niezdrowego opalania i bynajmniej nie jest tylko przypadłością nastolatków. We wrześniu i październiku wszyscy dermatolodzy mają pacjentów z nawrotem lub na nowo powstałym trądzikiem. Oczywiście myśląc o przyszłości chronimy też swoją skórę przed starzeniem i wystąpieniem nieczerniakowych raków skóry – raka kolczystokomórkowego i podstawnokomórkowego. Kiedyś pojawiały się po 70. roku życia, a obecnie już po 50., a w niektórych przypadkach już ok. 40. roku życia.

Źródło: PAP/rynekzdrowia.pl