fbpx
15 Listopad, 2019
Warszawa
9 ° C
Do góry
Image Alt

SC Beauty Magazine

facjata.png

Jak postępować z klientem cierpiącym na dysmorfofobię?

Jak odróżnić klienta niezadowolonego z własnego wyglądu od człowieka cierpiącego na dysmorfofobię? Czy w naszej pracy mamy szansę zetknąć się z taką osobą? A może dysmorfofobia to wyłącznie wymysł mediów? W znalezieniu odpowiedzi na te pytania pomógł nam pan Stanisław Porczyk.

facjata.png

Stanisław Porczyk
specjalista psychiatra, Grupa Synapsis, Warszawa
www.synapsis.pl

..

Czy dysmorfofobia to rzeczywisty problem, czy tylko kolejny temat na artykuł w mediach zajmujących się sprawami związanymi z urodą? Jak wiele osób na nią cierpi?

Dysmorfofobia to nadmierne, sięgające poziomu absurdalności, zaabsorbowanie rzekomym defektem własnego wyglądu. Jest ona prawdziwą chorobą i jednocześnie dość atrakcyjnym tematem dla niektórych mediów. W związku z tym jest ważne, żeby informacje o dysmorfofobii podawane były rzetelnie i bez klimatu sensacji. W szczególności trzeba widzieć ten problem zdrowotny we właściwych proporcjach; zaburzenie ma niebłahy charakter, ale pozostaje sprawą dość rzadką, na dysmorfofobię choruje ok. 1 % naszej populacji. Trzeba jednak przyznać, że przedstawiciele niektórych zawodów np. chirurdzy plastyczni albo kosmetyczki mogą się z nim spotykać dość często.

Jakie są przyczyny tego zaburzenia?

Nie znamy jego przyczyn. Prawdopodobnie współistnieją, jak w wypadku wielu innych zaburzeń, czynniki o charakterze środowiskowym, psychologicznym i biologicznym. Możliwe, że do dysmorfofobii usposabiają niektóre geny, ale muszą na to nałożyć się niekorzystne doświadczenia w okresie wczesnej młodości prowadzące do nieprawidłowego osobistego rozwoju. Oczywiście negatywne doświadczenia życia dorosłego, dotyczące swojego wyglądu oraz czynniki kulturowe odgrywają tu swoją rolę, ale wydają się być wtórne i niedecydujące. Bazą choroby jest coś, co rozwija się już wcześniej.

Jaka jest rzeczywista rola mediów i prezentowanych w nich „idealnych ludzi”? Czy zanim pojawiła się telewizja i kolorowe czasopisma nie było tego problemu?

Trudno powiedzieć jaką rolę odgrywa tego rodzaju kulturowa presja. Jest oczywiste, że silna chęć upodobnienia się do lansowanych wzorów idealnego wyglądu, a zwłaszcza związany z nią brak tolerancji dla osób nie posiadających tak znakomitej urody, sprawia, że wielu z nas żyje z poczuciem istotnej gorszości lub porażki. Dysmorfofobia nie jest jednak zmartwieniem, które można zrozumieć odwołując się do mody, czy szerszego kulturowego kontekstu. Nie jest też jakimś psychologicznym „kompleksem”, dotyczącym swojej urody. Jest chorobliwą obsesją, która wyróżnia cierpiące na nią osoby spośród innych, nawet wyraźnie niezadowolonych ze swojego wyglądu i urody. Innymi słowy, nie powinniśmy łatwo przenosić naszych intuicji, socjologicznych obserwacji bądź prostych skojarzeń psychologicznych na dziedzinę psychopatologii. Ta bowiem, choć pozostaje związana z kulturą, to odznacza się jednocześnie istotną autonomią.

Czym jest tego rodzaju autonomia?

Osoba cierpiąca na nerwicę natręctw może myć ręce trzydzieści albo pięćdziesiąt razy dziennie i czyni to nie dlatego, że ktoś, np. rodzina albo szkoła, przekazała jej dużą troskę o czystość. Inna osoba z tą chorobą może nie potrafić wyjść z domu dopóki nie sprawdzi dokładnie siedem razy (ani więcej, ani mniej), czy zamknięty jest gaz i wszystkie urządzenia elektryczne. I ona nie robi tego dlatego, że w jej mieście miały kiedyś miejsce poważne wypadki wybuchu gazu i przeprowadzono wyjątkowo staranną kampanię ostrzegawczo-informacyjną.

Czy podobnie jest z dysmorfofobią? Sądzę, że tak – że jej związki z modą, kultem urody i doskonałego wyglądu istnieją, ale nie są tak silne jak się czasem przedstawia. Nieprzypadkowo podałem tu jako przykład nerwicę natręctw, z którą, jak się obecnie uważa, dysmorofobia jest spokrewniona.

Autonomia procesu chorobowego, o której mówię, polega na tym, że istniejące mody kulturowe mogą modyfikować przebieg niektórych zaburzeń, nawet w jakiś sposób uczestniczyć w ich etiologii, ale nie są one jego istotną przyczyną. Ta kryje się głębiej, w organizmie ludzkim, będącym całością biologiczno-psychologiczną, mającym zwykle za sobą już wieloletni nieprawidłowy rozwój.

Dlatego, jeśli szukać związków dysmorfofobii z kulturą, to raczej z tą najbliższą, najsilniej oddziałującą, czyli klimatem i doświadczeniami dzieciństwa i sytuacją w rodzinie, w której przychodzi na świat przyszły chory. Dodajmy jeszcze, że znamy wiele opisów przypadków dysmorfofobiii z przełomu XIX i XIX wieku, a pierwszego takiego opisu dokonał włoski psychiatra Enrico Morselli w 1886r.

Jaką grupa wiekowa jest najbardziej narażona na problemy z akceptacją własnego wyglądu?

Jeśli mówimy nie o zwykłym braku akceptacji własnego wyglądu, ale o prawdziwej dysmorfofobii, to prawdopodobnie nieco częściej chorują kobiety. Stosunek kobiet do mężczyzn oceniany jest na podstawie badań od 1:1 do 3:2. Choroba najczęściej jest udziałem osób dorastających i młodych dorosłych.

Czy jest to niezależny problem, czy towarzyszy innym zaburzeniom psychicznym?

Ogromnie ważne jest to, że dysmorfofobii bardzo często towarzyszy depresja. Badania wskazują, że dzieje się tak u ok. 70% osób z tym zaburzeniem, są jednak badacze, którzy uważają, że u wszystkich osób z dysmorfofobią prędzej czy później dochodzi do ujawnienia się depresji. Waga tego polega m.in. na tym, że osoby z dysmorfofobią i nasiloną depresją są szczególnie zagrożone ryzykiem popełnienia samobójstwa.

Badania mówią ponadto, że u 30-60% osób z dysmorfofobią występują jednocześnie objawy zaburzeń lękowych, zwłaszcza lęku społecznego i nerwicy natręctw. Rzadko dysmorofobia pojawia się jako jeden z objawów schizofrenii, zwłaszcza u osób młodych we wczesnym okresie tej choroby.

Nie ma podstaw do prostego łączenia dysmorfofobii ze schizofrenią. Najwięcej wskazuje na to, że dysmorfofobia spokrewniona jest z zaburzeniem obsesyjno-kompulsyjnym (nerwicą natręctw).

Jak odróżnić osoby, które po prostu nie są zadowolone ze swojego wyglądu od kogoś, kto cierpi na dysmorfofobię?

Początek odpowiedzi znajduje się w Pani pytaniu. Osoba z dysmorfofobią jest nie tyle „niezadowolona”, co „cierpi”. Dysmorfofobia jest prawdziwym cierpieniem stającym w poprzek życiu. Możemy ją podejrzewać wtedy, gdy widzimy, że osoba, z którą rozmawiamy, mówi z napięciem i bólem o jakimś defekcie swojego wyglądu, a stopień jej cierpienia i jego treść są dla nas zaskakujące, wyraźnie niezrozumiałe albo wręcz absurdalne. Może być tak, że owego defektu np. brzydkiego kształtu nosa albo jakiś zmian skórnych w ogóle nie możemy dostrzec, albo widzimy defekt niewielki i wątpliwy. Możemy być też świadkami, że osoba ta zaskakująco często zagląda w lustro lub przegląda się w podobnych odbijających powierzchniach – czyni tak w sposób natrętny 80-90% osób z dysmorfofobią . Oczywiście w gabinecie kosmetycznym może to się specjalnie nie wyróżniać.

Jeśli rozmowa będzie kontynuowana możemy dostrzec, że ocena wyglądu dokonywana przez tę osobę jest szczególna. Jest ona dla tej osoby sprawą fundamentalną, problemem, od którego rozwiązania zależy możliwość podstawowego funkcjonowania, a nawet życia. Gdybyśmy próbowali tej osobie wyperswadować tak krytyczny pogląd, w jakiś sposób pocieszyć lub uspokoić, okaże się niemożliwe.

Możemy zauważyć jeszcze jedną sprawę bardzo charakterystyczną dla osób z dysmorfofobią – zawsze starają się w jakiś sposób ukryć swój rzekomy defekt: makijażem, ubraniem, kapeluszem, sposobem trzymania twarzy, opalenizną itp. Oczywiście wizyta u kosmetyczki może mieścić się w tych zachowaniach.

Dość charakterystycznym znakiem, który może wskazywać na dysmorfofobię jest informacja, że ów problem jest od dłuższego czasu „w tym samym miejscu”. To znaczy nikt dotąd tej osobie nie potrafił pomóc, np. jesteśmy kolejną kosmetyczką, a wszystkie poprzednie nie potrafiły pomóc w problemie, który – z punktu widzenia tej osoby – uniemożliwia dalsze normalne życie. 

Jakie są pierwsze objawy tego zaburzenia? Czy pojawia się ono stopniowo, czy nagle, w wyniku jakiegoś silnego przeżycia?

Niewiele o tym wiemy. Od pacjentów z dysmorfofobią (tych, którzy na jakimś etapie leczenia mają już lepszy wgląd w swój problem) dowiadujemy się zwykle, że nie było żadnego uchwytnego początku, niepokój i nie akceptacja wyglądu rozwijała się stopniowo i były okresy pogorszeń oraz popraw. Oczywiście konkretne przykre doświadczenia np. krytyka ze strony innych osób może na jakiś czas silnie zaostrzyć objawy dysmorfofobii.

Jak bardzo dysmorfofobia wpływa na życie osoby, która na nią cierpi?

Każde zaburzenie, a więc i to, o którym mówimy może manifestować się łagodnie i ciężko. Generalnie jednak dysmorofobia może bardzo upośledzać funkcjonowanie. Badania porównawcze wskazują, że upośledzenie funkcjonowania życiowego u osób z dysmorfofobią może być większe niż u osób z depresją, cukrzycą 2 typu, a nawet u tych, którzy niedawno przeszli zawał. Skutkiem zaburzenia często jest niezdolność do pracy – w jednym z badań amerykańskich zanotowano ją u 32% chorych dorosłych, podobny odsetek młodzieży nie mógł przebywać w szkole albo skupić się przy odrabianiu lekcji. W innym badaniu stwierdzono, że 27% osób z tym rozpoznaniem nie mogło w ogóle wyjść z domu, przez co najmniej jeden tydzień. Literatura podaje także, że większość chorych nie zawiera związku małżeńskiego. Sam jednak znam szereg osób z dysmorfofobią, które zawierają udane związki.

Co najczęściej staje się przedmiotem zmartwień osoby z dysmorfofobią?

Zaniepokojenie może dotyczyć właściwie każdej części ciała, najczęściej jednak skóry albo kształtu twarzy. Chorzy mogą niewspółmiernie cierpieć i zadręczać się z powodu łagodnych zmian trądzikowych lub małych blizn. Przedmiotem zmartwień mogą być przebarwienia skóry, zmarszczki, znamiona, wygląd naczyń i porów, zwiotczenia, rozstępy. Można niepokoić się łysieniem lub, przeciwnie, nadmiernym owłosieniem. Bardzo często przedmiotem chorobliwej troski są kształt i wygląd nosa.

Osoby te mogą dokonywać prób wyciskania rzekomych zmian skórnych. Wielokrotnie sprawdzają aktualny stan swojego wyglądu; przeglądają się w lustrze, szybie samochodu, wypolerowanych meblach. Wszystko to wiąże się, oczywiście, z nadzieją na wyrwanie się z kręgu choroby albo choć zmniejszenie swojego cierpienia. Zawsze w jakiś sposób maskują swoje rzekome defekty przed otoczeniem. Takie zachowania obronne wiążą się z dodatkowym napięciem – są dokonywane z uczuciem wewnętrznego przymusu, chory ma nad nimi ograniczoną kontrolę, co przypomina natręctwa.

Jeśli u klientki, która korzysta z naszych usług widzimy niepokojące objawy, co możemy zrobić? Czy mamy prawo zasugerować, żeby poszukała pomocy? Jak zrobić to delikatnie?

Sądzę, że każdy ma prawo, ale warunkiem skuteczności udzielenia tego rodzaju rady, jest jednak podstawowa gotowość drugiej strony do jej otrzymania. Nie namawiałbym ani do bierności ani do szczególnej aktywności. Każdy powinien trzymać się najpierw swojej roli, a wychodzić z niej można tylko wtedy, gdy jest to rzeczywiście sensowne. Osoba z dysmorfofobią oczekuje od kosmetyczki jakiegoś rodzaju kosmetycznej pomocy i ma do niej prawo. W wypadku „defektu dysmorficznego” pomoc kosmetyczna nie rozwiąże problemu, ale to nie odbiera jej wartości, jaką może dla tej osoby posiadać.

Wasze kontakty z klientami nabierają czasem bliższego charakteru – to też może być osobną wartością dla obu stron. Taką wartość powinno się chronić. Nieraz dopiero na bazie tej więzi i zaufania można skutecznie doradzić konsultację u psychologa lub lekarza psychiatry.

Jak powinniśmy rozmawiać z klientkami, które nie są zadowolone ze swojego wyglądu? Pokazywać im to, co jest w nich piękne, czy przekonywać, że wygląd nie jest w życiu najważniejszy? W końcu nasza praca koncentruje się właśnie na poprawianiu wyglądu.

Z osobami, u których nie podejrzewamy żadnych zaburzeń, należy oczywiście rozmawiać w najbardziej naturalny sposób i własna intuicja oraz doświadczenie są tu wystarczające. Rozmowa z osobą, którą mamy powody podejrzewać o dysmorfofobię tez powinna być całkowicie naturalna i „normalna” z pewnymi zastrzeżeniami. Nie polecam wchodzenia w jakikolwiek stanowczy spór w sprawie rzekomych koszmarnych defektów wyglądu – możliwości perswazji w wypadku tych pacjentek są bliskie zeru, mogą czuć się zupełnie niezrozumiane i odrzucone. Z drugiej strony błędem byłoby „widzieć” w ich wyglądzie to wszystko, co im samym przeszkadza – podtrzymywałoby to ich chorobliwe przekonania.

W sumie jestem zdania, że rolą fachowej kosmetyczki jest służenie każdej osobie, także z dysmorfofobią, zgodnie ze swoimi umiejętnościami zawodowymi. Natomiast w wypadku osób z dysmorfofobią może zaistnieć dodatkowo potrzeba poinformowania, że same usługi kosmetyczne nie rozwiążą jej problemu, gdyż może on mieć także swoje przyczyny psychologiczne. Przyznanie się do granicy swoich zawodowych możliwości i wskazanie, że warto byłoby jednocześnie szukać pomocy u specjalisty psychologa lub lekarza psychiatry, może być uważane za normalne fachowe postępowanie.

Czy kosmetyczki i kosmetolodzy powinni przechodzić jakieś szkolenia w tym zakresie? Nie chodzi mi o wprowadzanie takiego obowiązku, ale o podnoszenie swoich kwalifikacji? Czy to w ogóle jest potrzebne? W końcu spędzamy z ludźmi bardzo dużo czasu, więc chyba powinniśmy umieć z nimi rozmawiać?

Nie znam systemu szkolenia kosmetyczek i kosmetologów. Wyobrażam sobie, że reprezentanci tego zawodu posiadają niemałą wiedzę o różnych zmianach skórnych i zaburzeniach dermatologicznych. Uważam, że potrzebna jest im także podstawowa wiedza o dysmorfofobii oraz niektórych innych
zaburzeniach, a zwłaszcza depresji.

Dziękuję za rozmowę

Anna Wydra
Serwis Kosmetologiczny